Szkolny survival czyli jak przetrwać w szkole?

jak_przetrwac_w_szkole-net

W szkole nie jest łatwo i wiedzą to nie tylko uczniowie, ale i rodzice oraz nauczyciele. Najmniej o tym wiedzą już na pewno, bo nie mają orientacji – polityczni decydenci. To oni przecież tworzą warunki, który wyzwalają specyficzny klimat owej walki o byt uczestników szkolnego survivalu. Ale dziś nie o nich..!

W ciągu ostatnich lat ukazało się kilka poradników wspomagających przeżycie w szkole. Dwa z pośród nich zwróciły moją uwagę i podzielę się z Wami swoimi o nich refleksjami, zachęcając także do ich przeczytania:

  • „Jak przetrwać w szkole”, książka Brough Girlinga (Nasza Księgarnia, 1996, stron 128), a także
  • „Jak przetrwać w szkole i nie zwariować, poradnik dla rodziców, nauczycieli i uczniów” – autorstwa Jana Wróbla (Wyd. Czerwone i Czarne, 2011, stron 206). 

Pierwsza z nich to swoisty pamflet, z klasycznymi elementami sarkazmu oraz ironii. Satyra na szkołę o odniesieniu wyraźnie amerykańskim, wcale nam niedaleki – ten model wszak jest dziś w Polsce implementowany. Znajdziemy tam porywające typologie, poradniki przeklinania i wesołe rysunki ilustrujące szlak walki o byt! Horoskopy uczniowskie, gatunki nauczycieli (z ich łacińskimi oznaczeniami) i opisy ich siedlisk oraz żerowisk. Autor nie omija też dyrektorów, jak np. gatunek „Szablozęby”:

„Typowe zachowanie Szablozębego polega na tym, że kiedy akurat zajmujesz się swoimi sprawami – powiedzmy, że siedzisz sobie na kaloryferze podczas przerwy albo wymieniasz się nalepkami z wizerunkami piłkarzy czy też dyskutujesz z kolegami o nocnym filmie TV – taki podkrada się i wyskakuje z rykiem mrożącym krew w żyłach: „wynocha na dwór, bo was obedrę ze skóry i rozsmaruję wasze szczątki po całym boisku piłkarskim”. (s.63)

W książce nie brakuje oryginalnych porad. Jedną z ciekawszych, którą tam znalazłam jest „wskaźnik ZOW”. To rodzaj wymówki o wymiernym charakterze, na który składają się 3 elementy, każdy oceniany na 10 punktów: Zaskoczenie, Oryginalność, Wiarygodność. Uczniowie zawsze przecież szukają jakiegoś usprawiedliwienia. Wskaźnik ZOW pozwala robić to w sposób bardziej mierzalny i przewidywalny. Sięgnijmy znów do przykładu:

„Proszę pana/ pani, ja odrobiłem pracę domową, ale kiedy wyszedłem dziś rano z domu, atrament był jeszcze wilgotny, a więc trzymałem zeszyt w ręce, żeby wysechł na powietrzu, i orzeł (a może reszka) sfrunął i pochwycił go, i odleciał do gniazda na skale, i dał go do zjedzenia swoim głodnym pisklętom” (s. 106). ZOW=9+7+3=19! Ciekawe, prawda?

Druga z książek (Jana Wróbla) jest niewątpliwie mniej ironiczna i sarkastyczna, ale również na poły humorystyczna. Tutaj żart jest jednak motywowany terapeutycznie! Dodaje otuchy i wyraźnie łagodzi paternalistyczny przekaz empatycznego autora. Przetrwanie jest poważną sprawą, ale ewentualną taktykę można przecież zalecić z uśmiechem:

„Wasze dziecko nie sprawia kłopotów w klasie? Jest spokojne? Alarm! Albo boi się nauczycieli, albo jest nierozgarnięte, albo niedożywione”. (s. 16)

„Nawet najbardziej mylący się swoich ocenach nauczyciel ma przewagę, bo widuje twoje dziecko po mickiewiczowsku – tam, gdzie wzrok nie sięga”. (s. 51)

Autor przekazuje swoje porady nie tylko rodzicom, ale też nauczycielom. O matematyce pisze przez analogię ze stomatologią, zachęcając do podobnego jak przy borowaniu nowoczesnego znieczulania, zamiast mechanicznego (tylko!) wiercenia:

„Jesteśmy zmuszeni do bliskiej znajomości z matematyką, podobnie jak do okresowych przeglądów uzębienia. […] jeśli chcesz zostać dobrym nauczycielem matematyki, zadbaj o to, aby twój przedmiot był jak najspieszniej inaczej wykładany dla tych, którzy w matematykę chwytają, i dla tych, którym matematyka wymyka się z rąk. Jednym dawaj wycisk, drugim niech wycisk daje np. geograf albo polonistka”. (s. 93)

A tu próbka o lekcjach WF-u:

„Nikt jeszcze przekonująco nie udowodnił, że spokojne spacery, łyczek koniaku od czasu do czasu i częste polegiwanie w łóżku są choćby o cień mniej zdrowe niż forsowanie organizmu podczas ćwiczeń. Nie, prawdziwym celem lekcji WF-u jest budowanie kultury. Trzeba umieć zapanować nad sobą”… (s. 90)

Po częściach dla rodziców (I) i nauczycieli (II) jest też część dla uczniów (III), której konsultantką była córka autora (Małgorzata). Ta właśnie perspektywa jest dopełnieniem filozofii książki. Przetrwanie w szkole jest możliwe i wcale nie trzeba przy tym umrzeć z nudów! Znajdziemy tu refleksje o sprawach trudnych dla uczniów: o chłopakach, dziewczynach, liderach, miłościach, alkoholu, chudnięciu, wagarowaniu i in. Jest też uwaga, która mnie szczególnie zainteresowała:

„Nigdy nie byłam prymusem, ciężko znosiłam większość lekcji. Jednak moja szkoła jawi mi się we wspomnieniach jako Eden. A to dlatego, że po lekcjach było ciągle coś do zrobienia. […] Trzeba było przełamać wstyd, nauczyć się pracować w grupie. Jeśli udało ci się wyjść na scenę i przed kolegami (zarówno przyjacielsko, jak i wrogo nastawionymi) zatańczyć makarenę w obciachowym stroju, to potem już nigdy nic nie było w stanie cię zawstydzić. Zachęcam więc do pozalekcyjnej aktywności”. (s. 200)

Dwie książki i dwa spojrzenia na szkołę. To drugie jest bez wątpienia bardziej refleksyjne! Warto poczytać!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *