Moi drodzy Przyjaciele i Kamraci,
Rzadko się zdarza, by człowiek, zstąpiwszy na ląd, odnalazł w sercu miasta taką dozę morskiego spokoju, jaką przyszło nam dzielić owego wieczoru w progach Wielkopolskiego Okręgu Związku Żeglarskiego w Poznaniu. Choć horyzont przesłaniały tam dachy kamienic, a nie maszty fregat, dzięki kunsztowi Kamila Badziocha, wszyscy poczuliśmy na twarzach rześki powiew otwartej wody.
Kamil Bodzioch, mąż niebywale utalentowany i – co warto odnotować z najwyższym uznaniem – uformowany w dyscyplinie męskiego chóru „Zawisza”, zaprezentował nam widowisko najwyższej próby. Choć jego nazwisko nie zdobi afiszy wielkich, krzykliwych teatrów stolicy (co zresztą poczytuję za okoliczność sprzyjającą, gdyż wielki rozgłos rzadko idzie w parze z wielką cnotą), to jego technika wokalna mogłaby zawstydzić niejednego tenora z królewskiej opery.
Głos czysty jak poranna bryza
To, co uderza słuchacza najmocniej, to ciepła, nadzwyczaj przyjemna barwa jego głosu. Jest w niej coś z gładkości dobrze wyheblowanego mahoniu i głębi spokojnego oceanu. Kamil nie posiłkuje się zbędnym efekciarstwem; jego kultura sceniczna jest nienaganna, godna dżentelmena i doświadczonego marynarza.
Podczas koncertu mieliśmy okazję kontemplować repertuar dobrany z najwyższą starannością: Od klasycznych pieśni morza, po utwory, w których tekst o naturze, ciszy i bezkresie pozwalał duszy dryfować z dala od codziennych trosk. Ich wykonanie pełne było szczerej ekspresji, a głos artysty niosł się po sali z klarownością, której nie powstydziłby się najlepszy sygnał mgłowy, a jednak zachowywał w sobie delikatność i emocjonalny ciężar.
Atmosfera pod pełnymi żaglami
Wydarzenie to miało charakter kameralny – i Bogu dzięki! W dzisiejszych czasach, gdy hałas próbuje zastąpić melodię, takie intymne spotkanie jest niczym znalezienie bezpiecznej przystani po ciężkim sztormie. Kamil Badzioch, człowiek niezwykłej życzliwości i naturalności, skrócił dystans między sceną a widownią szybciej niż doświadczony sternik łapie wiatr w żagle.
Był to wieczór autentyczny, niemal namacalny w swoim pięknie. Kto nie miał okazji usłyszeć tego głosu na żywo, niechaj żałuje – lub czym prędzej sprawdza, gdzie następnym razem Pan Kamil rzuci kotwicę.
Daję Wam słowo, że to muzyka, która koi serce i wyostrza zmysły, a wspomnienie tego koncertu pozostanie ze mną równie długo, co zapach smoły i soli na starym pokładzie.
Z najgłębszym szacunkiem i szklanką grogu w dłoni,
Wasza Oddana Recenzentka – Renata

