Są takie miejsca i momenty, kiedy wystarczy zamknąć oczy, by usłyszeć szum fal, poczuć na twarzy słoną bryzę i ten charakterystyczny, nie do pomylenia z niczym innym zapach drewna i liny. I wiecie co? Wcale nie trzeba do tego sztormu na Północnym ani oceanicznej wachty o czwartej rano. Czasem wystarczy po prostu… przyjechać na plażę w Mierzynie.
Tegoroczny Festiwal im. Teresy Remiszewskiej znów pokazał, że pieśń żeglarska ma w sobie jakąś magiczną moc. Że potrafi połączyć ludzi, obudzić najgłębsze emocje i w ułamku sekundy przenieść nas z piaszczystej plaży prosto na otwarty ocean.
Jako ktoś, kto zjadł zęby na morskim i oceanicznym falowaniu – a moje serce już na zawsze zostało częścią załogi legendarnego „Zawiszy Czarnego” – patrzę na takie wydarzenia z zupełnie wyjątkową perspektywą. I muszę Wam przyznać jedno: tam po prostu była prawdziwa, nieudawana woda!







